Szybko ocierając łzy pierwszej „sportowej porażki” na tle tak ważnego dla mnie wydarzenia, wróciłem znów na szeroką skalę za kółko dystrybucyjne projektu. Finalny ogromny sukces całej akcji, skutecznie wytłumił żal po zejściu z trasy i konieczności „opuszczenia filmu” w najlepszym momencie, gdy mielimy za sobą dwa deszczowo-błotniste dni, a przygoda dopiero się rozkręcała.
Analizując całą sytuację, można odnieść wrażenie, że tak po prostu miało być.
Akcja na czas trwania biegu potrzebowała kogoś, kto znów z pełnym zaangażowaniem chwyci za dystrybucyjny ster i będzie relacjonował wielu tak zaangażowanym ludziom ten projekt na żywo.
Będzie przesyłał informację o postępach, relacjonował, zachęcał do nagłaśniania gdzie się da w tej kulminacyjnej chwili trwania biegu, ustalał strategie promocyjne z fundacjami współpracującymi, przesyłając im materiały, podejmując rozmowy z dziennikarzami dzwoniącymi w trakcie projektu, chcącymi coś o nim opowiedzieć.
To nadało większego sensu mojej „sportowej porażce” i skutecznie pocieszało, gdy widziałem, że Krzysiek wychodzi z campera sam na kolejny fragment przygody, o której marzę również ja.
Możecie sobie wyobrazić jak może czuć się sportowiec, który taką przygodę musi oglądać z fotela pasażera, zamiast stawiać kroki w miejscu tak ukochanym sercu – górach, odkrywając nowe szlaki, spełniając swoje marzenie po tak długiej pracy nad projektem.
Czułem się jak lew zamknięty w klatce pośrodku najpiękniejszej dżungli.
Mogłem to oglądać, ale nie mogłem uczestniczyć.
Po zakończeniu projektu czułem się dziwnie pusto – wrócić nagle do codzienności po takiej przygodzie.
Myślę, że to pewna namiastka tego, co czują ludzie idący na emeryturę po dynamicznym życiu zawodowym.
Uczucie jakby oglądać w TV finałowego karnego podczas Mistrzostwach Świata, gdzie piłkarz podbiega do piłki i nagle wysiada prąd.
Nagle wszystko staje.
Od projektu minął miesiąc a mi nadal go brakuje. Był dla mnie szczególny również z pewnego względu.
Podjąłem się jego organizacji w roku, gdzie po 10 latach pracy na etacie poszedłem na głosem sportu, który dał mi w życiu szansę, odciągając do życia osiedlowego, imprez, alkoholu i narkotyków.
W marcu 2022 roku założyłem działalność.
Musiałem wejść na rynek, zdobyć uprawnienia, klientów – zacząć swoje życie zawodowe od zera.
W lutym 2022 dodatkowo zerwałem ścięgno w stopie, z którym walczyłem aż do lipca, więc cały czas organizując i nagłaśniając akcje sam nie wiedziałem, czy w ogóle będę w stanie wystartować i zaleczyć kontuzje na czas. To nie było łatwe, zatruwało głowę ponieważ kontuzja bardzo długo się ciągnęła a z informacji uzyskanych w wielu miejscach wynikało, że zerwane ścięgno wymaga zabiegu.
Biłem się ze sobą czy projekt w ogóle rozpoczynać, bo co jeżeli zaangażuje w to tyle osób, zapowiem, zdobędę rzeczy na licytację a na końcu powiem, że „przekładamy” bo moje zdrowie nie pozwala wystartować.
Szargało mną mnóstwo wątpliwości, tym bardziej że przechodząc na działalność miałem nadzieję na nawiązanie współprac sponsorskich, które pozwolą podnosić mój poziom sportowy, a z zerwanym ścięgnem w stopie musiałem zawiesić ten sektor na kołek, na czas nieokreślony. Nic nie sprzyjało.